Z pamiętnika Gabrysi
Dzisiaj zbiórka na śniadanie była o 7.25. Niestety nasz pokój zaspał, obudziłyśmy się dopiero o 7.20, ale w 10 minut byłyśmy gotowe.
Po śniadaniu ruszyliśmy do szkoły. Pierwszą lekcją był słowacki. Poznawaliśmy legendę o dunajskim orle, a Słowacy o warszawskiej syrence. W tekstach legend szukaliśmy zrozumiałych słów, a znaczenie niezrozumiałych zgadywaliśmy. W ten sposób poznawaliśmy nawzajem nasze języki.
Tematem lekcji angielskiego było poszukiwanie i znajdywanie: opowiadaliśmy, co zgubiliśmy albo znaleźliśmy w życiu.
Kolejne lekcje to były zajęcia w grupach: część uczniów była na angielskim, część na religii. Ja byłam na religii. Zauważyłam, że dzieci były tam bardzo rozkojarzone, rozmawiały i biegały po klasie. Okazało się, że ksiądz mieszkał kiedyś rok w Polsce i trochę znał nasz język.
Następna lekcja to była matematyka, na kartach pracy rozwiązywaliśmy zadania na ułamkach. Temat był taki jak w naszej szkole. Potem w polsko-słowackich grupach odgrywaliśmy scenki, moja grupa wylosowała temat “Nasze typowe narodowe danie”. Scenki były krótkie ale bardzo śmieszne.
Po zakończeniu zajęć w szkole przejechaliśmy na przystań i popłynęliśmy na rejs po Dunaju. Moim zdaniem Bratysława jest bardzo ładnym miastem. Rejs był udany, pogoda też.
Na koniec dnia poszliśmy do galerii, gdzie podzieleni na grupy robiliśmy zakupy i zjedliśmy kolację. Wybraliśmy restaurację koreańską. Gdy wyszliśmy, okazało się, że leje deszcz i mokrzy dotarliśmy do hotelu. Na szczęście nie było daleko. Tak zakończył się nasz dzień.







