Z pamiętnika Emilii
Dzisiaj ja Was będę oprowadzać, ale nie po Bratysławie. Zgadniecie sami, gdzie byliśmy.
Wstaliśmy o ósmej i zjedliśmy śniadanie. Musieliśmy szybko zabrać nasze rzeczy i pojechać na dworzec kolejowy. Zamieszania w tym miejscu nie będę wam opisywać, było po prostu „jak na dworcu”. Podczas godzinnej podróży obserwowaliśmy wielkie pola z wiatrakami, naturę i Dunaj. Wreszcie dojechaliśmy do kraju batoników Manner. Nie obyło się bez wizyty w sklepie z nimi.
W przeciwieństwie do Słowacji w tym kraju nie rozumieliśmy rozmów ani napisów.
Na dworcu zjedliśmy obiad, większość z nas wybrała azjatyckie potrawy. Udaliśmy się do naszego hostelu zostawić bagaże. I poszliśmy w świat J, pojechaliśmy na Stare Miasto. Byliśmy w przepięknej katedrze św. Szczepana. Wyszliśmy z niej z tysiącem zdjęć. Było cudownie.
Nie zwlekając udaliśmy się dalej, a po drodze wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami. Kupiłam dwa magnesy. Potem doszliśmy do cukierni sprzedającej tradycyjne torciki Sacher. Kupiłam kawałek tortu do spróbowania. Okazał się pyszny. Najpierw deser, potem obiad. Zjedliśmy też lody, choć wieczór był zimny, ale od razu ogrzaliśmy się ciepłą pizzą.
Do hostelu wróciliśmy metrem. Wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że dosłownie padliśmy. Spało się super wygodnie.
Co to był za kraj? A jakie miasto?






